Odrzucone dziecko: Moje życie bez korzeni i walka o własną tożsamość
– Nie, nie chcę znowu tam wracać! – krzyknąłem, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Pani Teresa, moja kolejna opiekunka z domu dziecka w Łodzi, spojrzała na mnie z troską, ale i bezradnością. Miała już dość moich wybuchów. Ja miałem dość wszystkiego.
Mam na imię Nikola. Mam dwadzieścia dwa lata i od zawsze noszę w sobie pustkę, której nie potrafię wypełnić. Urodziłem się z rzadką chorobą genetyczną – dystrofią mięśniową Duchenne’a. Rodzice zostawili mnie w szpitalu zaraz po porodzie. Nie pamiętam ich twarzy, nie znam ich głosów. Zostało mi tylko jedno zdjęcie z porodówki, na którym jestem zawinięty w niebieski kocyk i patrzę gdzieś w bok. Czasem wyobrażam sobie, że patrzę wtedy na mamę, która jednak wraca po mnie, bierze mnie na ręce i mówi: „Nikola, jesteś moim synem. Kocham cię”.
Ale to się nigdy nie wydarzyło.
Pierwsze lata spędziłem w szpitalach i domach dziecka. Pamiętam zapach chloru, dźwięk kółek od łóżek szpitalnych i głosy pielęgniarek, które mówiły o mnie „biedny chłopiec”. Potem były rodziny zastępcze – każda inna, każda z własnymi problemami. U państwa Nowaków byłem tylko „tym chorym”, który przeszkadza ich synowi w nauce. U państwa Zielińskich przez chwilę poczułem się jak ktoś ważny – pani Zielińska czytała mi bajki na dobranoc, a pan Zieliński zabierał mnie na spacery do parku. Ale kiedy urodziło im się własne dziecko, nagle zabrakło dla mnie miejsca.
Najgorsze były powroty do domu dziecka. Zawsze wtedy czułem się jak niepotrzebny mebel – przesuwany z kąta w kąt, bez własnego miejsca. Dzieci śmiały się ze mnie, bo nie mogłem biegać tak jak one. Często słyszałem: „Nikola, ty nawet nie masz rodziny! Kto cię będzie chciał?”
Pewnego dnia, gdy miałem trzynaście lat, usłyszałem rozmowę wychowawczyń:
– Może powinniśmy spróbować znaleźć jego rodziców biologicznych? – zapytała pani Teresa.
– Po co? Oni go nie chcieli. Lepiej nie rozdrapywać ran – odpowiedziała druga.
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Wtedy postanowiłem, że kiedyś ich odnajdę. Muszę wiedzieć, dlaczego mnie zostawili.
Przez lata zbierałem strzępki informacji – nazwisko matki z aktu urodzenia, adres zameldowania sprzed lat. Gdy skończyłem osiemnaście lat i opuściłem dom dziecka, wynająłem mały pokój w starej kamienicy na Bałutach. Pracowałem dorywczo jako konsultant telefoniczny – mogłem to robić z domu, bo coraz trudniej było mi chodzić.
Wieczorami przeglądałem internet, szukałem nazwisk w mediach społecznościowych. W końcu znalazłem – Anna Kowalczyk, lat 43, mieszka pod Piotrkowem Trybunalskim. Zdjęcie profilowe: kobieta o zmęczonych oczach, trzymająca na rękach małą dziewczynkę.
Napisałem do niej wiadomość:
„Dzień dobry. Nazywam się Nikola. Urodziłem się 22 maja 2002 roku w Łodzi. Czy mogę zadać Pani kilka pytań?”
Czekałem trzy dni na odpowiedź. W końcu przyszła:
„Nikola… Tak, pamiętam. Przepraszam.”
Serce waliło mi jak oszalałe. Umówiliśmy się na spotkanie w kawiarni przy dworcu PKP w Piotrkowie.
Kiedy wszedłem do środka, zobaczyłem ją od razu – siedziała przy oknie, nerwowo bawiąc się łyżeczką od kawy. Usiadłem naprzeciwko niej.
– Dziękuję, że przyszłaś – powiedziałem cicho.
– Nikola… Ja… Nie wiem nawet od czego zacząć – jej głos drżał.
– Dlaczego mnie zostawiłaś?
Zamilkła na dłuższą chwilę.
– Byłam wtedy sama. Twój ojciec uciekł, gdy dowiedział się o chorobie. Miałam dziewiętnaście lat, żadnej rodziny, żadnych pieniędzy… Lekarze mówili mi, że nie dam sobie rady… Bałam się…
Patrzyłem na nią i czułem narastający gniew.
– Ale ja żyję! Przetrwałem! Czy choć raz pomyślałaś o mnie przez te wszystkie lata?
Łzy spłynęły jej po policzkach.
– Każdego dnia… Ale byłam tchórzem.
Nie wiem, czego oczekiwałem po tym spotkaniu. Może wyjaśnienia? Może przeprosin? Może cudu?
Wróciłem do Łodzi jeszcze bardziej pusty niż wcześniej. Przez kilka tygodni nie wychodziłem z domu. W końcu zadzwoniła do mnie pani Teresa:
– Nikola, wiem, że ci ciężko… Ale jesteś silniejszy niż myślisz. Zasługujesz na szczęście.
Zacząłem chodzić na terapię. Poznałem tam ludzi takich jak ja – porzuconych, złamanych przez życie, ale walczących o siebie każdego dnia. Z czasem nauczyłem się wybaczać – przede wszystkim sobie.
Dziś mam dwadzieścia dwa lata i choć nadal nie mam rodziny w tradycyjnym sensie tego słowa, mam przyjaciół i ludzi, którzy mnie wspierają. Pracuję z dziećmi w fundacji pomagającej osobom z chorobami genetycznymi. Staram się być dla nich tym dorosłym, którego sam tak bardzo potrzebowałem.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy jestem wystarczający? Czy zasługuję na miłość? Może odpowiedź nigdy nie będzie prosta… Ale czy ktokolwiek z nas naprawdę zna swoje miejsce pod słońcem?
Czy wy też czasem czujecie się zagubieni? Co dla was znaczy prawdziwy dom?