„Zostałam sama z dwójką chorych dzieci, bo mąż uciekł do rodziców. Czy naprawdę jestem taka silna?”

— Kasia, ja naprawdę nie dam rady. Czuję się coraz gorzej, a jak zarazimy dzieci, to będzie katastrofa — powiedział Michał, stojąc w przedpokoju z walizką w ręku. Jego twarz była blada, oczy podkrążone, ale w głosie słyszałam coś więcej niż tylko zmęczenie. Strach? Ulgę? Może jedno i drugie.

— Michał, ale… — zaczęłam, ale on już zakładał buty. — Przecież ja też jestem zmęczona! Zosia ma gorączkę, Kuba kaszle całą noc. Sama nie dam rady!

— Kochanie, to tylko kilka dni. Mama zrobi mi rosół, tata zawiezie do lekarza. Ty lepiej się zajmiesz dziećmi niż ja w tym stanie. — Uśmiechnął się słabo i pocałował mnie w czoło. — Zadzwonię wieczorem.

Drzwi zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem. Zostałam sama w mieszkaniu pachnącym syropem na kaszel i rozgrzanym termometrem. Zosia płakała w swoim pokoju, Kuba wołał mnie z łazienki. Miałam ochotę usiąść na podłodze i wyć razem z nimi.

Przez pierwsze godziny próbowałam być dzielna. Przemywałam Zosi czoło chłodną wodą, podawałam Kubie herbatę z miodem, czytałam bajki na zmianę z bajkami puszczanymi z telefonu. Michał dzwonił wieczorem, pytał o dzieci, mówił, że czuje się fatalnie i że mama już gotuje mu rosół.

— A ty? — zapytał raz nieśmiało.

— Ja? — odpowiedziałam z goryczą. — Ja jestem robotem. Nie mam czasu być chora.

Zamilkł na chwilę. Potem powiedział coś o tym, że wróci jak tylko poczuje się lepiej.

Noc była koszmarem. Zosia wymiotowała, Kuba miał dreszcze i płakał przez sen. O trzeciej nad ranem siedziałam na podłodze w łazience, trzymając Zosię za rękę i powtarzając sobie w myślach: „Dasz radę. Musisz dać radę.”

Rano zadzwoniła moja mama.

— Kasiu, jak się trzymasz?

— Ledwo żyję — przyznałam szczerze.

— Michał ci nie pomaga?

— Pojechał do swoich rodziców. Bał się zarazić dzieci.

Mama westchnęła ciężko.

— A ty się nie boisz?

Nie odpowiedziałam. Bałam się wszystkiego: że dzieci będą miały powikłania, że sama zachoruję i nie będę mogła się nimi zająć, że Michał już nie wróci.

Kolejne dni zlały się w jedną szarą masę. Michał dzwonił coraz rzadziej. Tłumaczył się złym samopoczuciem, potem tym, że jego mama też się rozchorowała i musi jej pomagać. Zaczęłam czuć narastającą złość. Dlaczego ja muszę być zawsze tą silną? Dlaczego on może uciec do mamy i mieć święty spokój?

Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. W głowie kłębiły mi się pytania: Czy to jest partnerstwo? Czy tak wygląda wsparcie w małżeństwie?

Któregoś dnia zadzwoniła teściowa.

— Kasiu, Michał mówił, że dzieci już zdrowieją?

— Tak, powoli — odpowiedziałam chłodno.

— On tu bardzo cierpi… Może byś mu coś ugotowała na drogę powrotną?

Zatkało mnie. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć.

— Proszę pani — wycedziłam przez zęby — ja tu od tygodnia nie śpię po nocach i ledwo stoję na nogach. Niech Michał sam sobie ugotuje.

Rozłączyłam się i rozpłakałam jak dziecko.

Po tygodniu Michał wrócił. Wszedł do mieszkania z torbą pełną leków i czekoladek dla dzieci.

— Już jestem! — zawołał radośnie.

Zosia rzuciła mu się na szyję, Kuba uśmiechnął się blado spod koca. Ja stałam w progu kuchni i patrzyłam na niego jak na obcego człowieka.

— Kasiu… — zaczął niepewnie.

— Michał — przerwałam mu — czy ty wiesz, co ja tu przeszłam?

Patrzył na mnie bezradnie.

— Myślałem, że tak będzie lepiej dla wszystkich…

— Dla wszystkich? Czy dla ciebie?

Cisza zawisła między nami jak ciężka kotara.

Od tamtej pory coś pękło. Michał próbował się starać: robił zakupy, gotował obiady, zabierał dzieci na spacery. Ale ja już nie potrafiłam patrzeć na niego tak samo jak wcześniej. W mojej głowie ciągle brzmiało pytanie: czy gdyby sytuacja się powtórzyła, znów zostałabym sama?

Czasem zastanawiam się, ile jeszcze kobiet w Polsce przeżywa podobne chwile samotności we własnym domu. Czy naprawdę musimy być zawsze silne? Czy ktoś kiedyś zapyta nas: „A ty jak się czujesz?”