Między dwoma domami: Czy moje rzeczy już nie są moje?
— A czy mogę wziąć ten blender, przecież i tak go nie używasz — słyszę głos mojej siostry Malwiny jeszcze zanim zdążę zamknąć drzwi za nią. Jest wtorek, pachnie kawą, a ja właśnie próbuję nakarmić moją trzyletnią Amelkę ostatnim jogurtem truskawkowym, który jeszcze został w lodówce. Siostra nie czeka nawet na odpowiedź, rozwija kabel blendera i wsuwa go do torby. — Wiesz, Maciek od dłuższego czasu mówił, że dobrze byłoby mieć taki do koktajli. Spoko, co? Oddam w przyszłym tygodniu – dorzuca już stojąc w korytarzu.
Zasępiam się i ledwo kiwam głową. Chciałabym wykrzyczeć: „Nie, nie jest spoko!” Ale głos ugrzęzł mi w gardle. Przecież to tylko blender. Przecież to tylko kocyk, który tydzień temu oddałam mamie, bo go tak polubiła. Pamiętam, jak Magda, moja szwagierka, zgarnęła pudło z ubrankami po Amelce – w końcu jej Janek jest o pół roku młodszy… Ile jeszcze rzeczy tak „tylko na chwilę” zniknie? Czy to ja mam problem, czy świat?
Pierwszy raz poczułam to ukłucie żalu, kiedy zniknął mi aparat. Był drogi, to prezent ślubny, który kupiliśmy z Krzyśkiem za pierwszą poważną wypłatę. Tata pożyczył go dla kuzyna, bo „przecież wy i tak nie robicie już tyle zdjęć, a on pojedzie w Bieszczady”. Oddał po miesiącu – porysowany, bateria ledwo zipała. Nie miałam odwagi, żeby cokolwiek powiedzieć. Sama się na to zgodziłam, choć tak naprawdę nie miałam wyboru. Bo jak tu powiedzieć „nie” tacie?
— Masz za miękkie serce — westchnął Krzysiek, gdy po raz kolejny kazałam mu wyciągać z piwnicy transporterek dla kota, którego mama przychodziła pożyczyć dla sąsiadki. — Oni i tak nie docenią. Twoje rzeczy zawsze znikną i koniec — stwierdził i rzucił pod nosem coś jeszcze, czego już nie usłyszałam, bo zajęłam się załadowywaniem prania dla młodej.
Czasem mam wrażenie, że nasze mieszkanie to jednocześnie magazyn i sklep ze wszystkim, czego akurat ktoś potrzebuje. — Jakbyś miała dwa domy — rzuciła kiedyś żartem Amelka, gdy mama zabrała cały worek zabawek „do swojego mieszkania, bo wnuki przychodzą”. A ja znów nie zaprotestowałam. Bo jak?
Widzę, jak Krzysiek coraz bardziej się niecierpliwi. Zazdrości, że ja tak wszystkim wszystko oddaję. Ale nikt nie pyta, jak ja się z tym czuję. Nawet ja nie pytam siebie. Chowam urazę, bo przecież rodzina najważniejsza. Nie powinnam być małostkowa. Powinnam być szczęśliwa, że mogę pomagać. Ale jestem po prostu zmęczona.
— A może byś powiedziała im raz jasno, że masz dość? — zapytała przyjaciółka, gdy poskarżyłam się jej przy kawie na mieście. — Niech się obrażą i przez tydzień nie zadzwonią, zobaczysz, przetrwasz. — Przetrwam, tylko co z tego? Przecież potem będą pretensje, milczenie, głupie uwagi przy świątecznym stole. Wyobrażam sobie minę mamy: „No popatrz, Iwetka teraz już nie może pożyczyć. Wszystko dla siebie zatrzyma. Taka dorosła się zrobiła…”
Mijają kolejne tygodnie, a ja coraz bardziej tracę oddech w swoją własną codzienność. Zastanawiam się, czy jestem złą córką, bo chciałabym coś po prostu zatrzymać dla siebie. Ostatni raz pokłóciłam się z mamą w liceum i bolało nas wtedy całe ciało od niewypowiedzianych żali. Może dlatego od tamtej pory tak staram się łatwo godzić?
Nocą leżę przy Amelce i słyszę w słuchawce cichy głos Krzyśka. — Ej, kochanie. Jutro ostrożnie, okej? Bądź też dla siebie uczciwa — mówi i ściska moją dłoń. Mam ochotę płakać. Widzę, jak usiłuje mnie chronić, ale sama nie wiem, od czego. Od świata? Od samej siebie?
W sobotę przyjeżdża mama z Malwiną. — Pokaż, macie może mikser albo ten nowy garnek? — pyta, zajmując już miejsce w kuchni. Słucham i pierwszy raz od lat czuję, jak coś we mnie pęka.
— Mamo, Malwina… — mówię bardzo cicho, ale stanowczo. — To wszystko są nasze rzeczy. One mogą tu być, bo my ich potrzebujemy. Możecie pytać, ale czasem chciałabym, żebyście zrozumieli, że nie wszystko jest do zabrania, nie wszystko można pożyczyć.
Zapada cisza. Widzę, jak mama blednie i nawet Malwina zaczyna kręcić w miejscu. Czuję strach. — Przecież zawsze pożyczaliśmy sobie rzeczy — odpowiada ostro mama. — Chcesz być lepsza, inna? Przecież rodzina to rodzina.
Zastanawiam się wtedy: czy jeśli raz postawię granicę, już zawsze będę tą złą? Czy może dzisiejsza rozmowa coś zmieni? Krzysiek ściska mnie za ramię. Widzę łzę w oku mamy, ale nie odwracam wzroku.
Od tamtej soboty nie wszystko się ułożyło. Mama częściej dzwoni, Malwina jeszcze czeka na zgodę, zanim coś pożyczy. Ale w powietrzu wisi jakiś rodzaj żalu. Czy było warto?
Wieczorem patrzę na swoją córkę, na półkę, na której znów stoją wszystkie misie i książki. — Mamo, wszystko jest u nas? Nic już nie zginie? — pyta Amelka.
— Nie wiem, kochanie. Bardzo bym chciała, żebyśmy wszyscy mogli dzielić się tym, co mamy… Ale najpierw musimy nauczyć się dbać o siebie nawzajem, nie tylko brać.
A Wy? Jak rozmawiacie z rodziną, by nie zatracić siebie, a jednocześnie nie odrzucić tych, których kochacie najbardziej?