Codziennie gotuję dla Piotra: Czy kiedykolwiek będę wystarczająca?

„Znowu jajecznica?” – Piotr patrzy na mnie z lekkim rozczarowaniem, nawet nie próbując ukryć grymasu. Jest szósta rano, a ja już od pół godziny stoję przy kuchence, mieszając jajka, żeby były puszyste, tak jak lubi. Wczoraj robiłam naleśniki, przedwczoraj owsiankę z malinami, a dzisiaj… dzisiaj już nie miałam siły wymyślać niczego nowego. „Może byś kiedyś zrobiła coś innego?” – rzuca, siadając do stołu. Zaciskam zęby, czuję jak w gardle rośnie mi gula. Przecież codziennie staram się, żeby było świeżo, żeby było smacznie, żeby było po jego myśli.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zjadłam śniadanie w spokoju. Zawsze najpierw podaję Piotrowi, potem sprzątam, a dopiero potem, jeśli zostanie mi trochę czasu, jem sama. Czasem nawet nie mam już na to ochoty. W pracy koleżanki pytają, jak mi się układa, czy Piotr pomaga w domu. Uśmiecham się wtedy sztucznie, mówię, że wszystko jest w porządku. Przecież nie będę się żalić, że mój mąż nie tknie niczego, co nie jest świeżo przygotowane, że nie zje odgrzewanej zupy, że nawet ziemniaki muszą być gotowane na bieżąco.

Po pracy pędzę do domu. W autobusie patrzę przez okno, widzę ludzi, którzy idą na spacer, siedzą w kawiarniach, śmieją się. Ja liczę minuty, bo wiem, że Piotr wróci za godzinę i będzie głodny. Wchodzę do mieszkania, rzucam torebkę na krzesło i od razu idę do kuchni. Dziś na obiad robię schabowe, bo Piotr mówił, że dawno nie było. Kroję mięso, rozbijam tłuczkiem, panieruję. W międzyczasie gotuję ziemniaki, robię surówkę z marchewki i jabłka. Zerkam na zegarek – zostało mi dwadzieścia minut.

Piotr wchodzi do domu, rzuca klucze na komodę. „Co na obiad?” – pyta, nawet nie patrząc na mnie. „Schabowe” – odpowiadam, starając się, żeby mój głos nie drżał. „O, wreszcie coś konkretnego” – mówi z ulgą. Siada przed telewizorem, a ja kończę smażyć kotlety.

Podaję mu talerz, siadam naprzeciwko. „Znowu ziemniaki takie miękkie. Nie możesz ich gotować krócej?” – marudzi, zanim jeszcze spróbuje. Czuję, jak w środku wszystko się we mnie gotuje. Chciałabym krzyknąć, że robię co mogę, że nie jestem robotem, że też mam swoje potrzeby. Ale milczę. Zawsze milczę.

Wieczorem, kiedy Piotr ogląda mecz, siedzę w łazience i płaczę. Cicho, żeby nie usłyszał. Przypominam sobie, jak było kiedyś. Kiedy się poznaliśmy, Piotr był czuły, zabawny, potrafił mnie zaskoczyć. Gotowaliśmy razem, śmialiśmy się, jedliśmy pizzę na ławce w parku. Teraz wszystko jest na mojej głowie. On pracuje, ja pracuję, ale tylko ja zajmuję się domem.

Czasem próbuję z nim rozmawiać. „Piotrze, może byś mi trochę pomógł? Może czasem sam coś ugotujesz?” – pytam nieśmiało. On tylko wzrusza ramionami. „Przecież ty lepiej gotujesz. Poza tym, ja jestem zmęczony po pracy.” A ja? Czy ja nie jestem zmęczona? Czy moje zmęczenie się nie liczy?

W weekendy jest jeszcze gorzej. Piotr oczekuje, że będzie śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja. „Może byśmy gdzieś wyszli?” – proponuję czasem. „Po co? W domu lepiej. Poza tym, nie lubię jeść na mieście, nie wiadomo, co tam dają.” I znowu zostaję w kuchni, znowu gotuję, znowu sprzątam.

Mama dzwoni, pyta, jak się czuję. Mówię, że dobrze, bo nie chcę jej martwić. Ale ona chyba czuje, że coś jest nie tak. „Zuzia, pamiętaj, że twoje szczęście też jest ważne” – mówi cicho. Chciałabym jej uwierzyć, ale nie wiem, jak to zrobić.

Czasem wyobrażam sobie, że po prostu wychodzę. Że zostawiam Piotra z pustą lodówką, z brudnymi naczyniami, z jego wymaganiami. Że idę do kawiarni, zamawiam kawę i ciastko, siadam przy oknie i patrzę na ludzi. Ale potem wracam do rzeczywistości. Przecież nie mogę go zostawić. Przecież przysięgałam, że będę z nim na dobre i na złe.

W pracy coraz częściej jestem rozkojarzona. Szefowa zwraca mi uwagę, że popełniam błędy. Koleżanka z biurka obok pyta, czy wszystko w porządku. „Tak, po prostu jestem zmęczona” – odpowiadam. Ale to nie tylko zmęczenie. To poczucie, że jestem niewidzialna, że moje starania nic nie znaczą.

Wieczorem, kiedy Piotr zasypia przed telewizorem, patrzę na niego i zastanawiam się, czy on w ogóle mnie jeszcze widzi. Czy widzi kobietę, którą kiedyś kochał, czy tylko kucharkę, sprzątaczkę, kogoś, kto ma spełniać jego oczekiwania.

Pewnego dnia nie wytrzymuję. Wracam z pracy, jestem wykończona, boli mnie głowa. Piotr dzwoni, że będzie później, ale żebym zrobiła mu pierogi. Siadam na krześle w kuchni i zaczynam płakać. Nie mam siły lepić pierogów, nie mam siły nawet zagotować wody. Kiedy Piotr wraca, widzi mnie zapłakaną. „Co się stało?” – pyta z irytacją. „Nie zrobiłam pierogów. Nie miałam siły” – mówię cicho. „To co ja mam teraz zjeść?” – burczy. Patrzę na niego i czuję, że coś we mnie pęka. „Może sam sobie coś zrób” – mówię po raz pierwszy od lat. Piotr patrzy na mnie z niedowierzaniem. „Co ty wygadujesz?” – pyta. „Mam dość. Mam dość tego, że nigdy nie jesteś zadowolony. Że cokolwiek zrobię, zawsze jest źle. Że nie widzisz mnie, tylko to, co ci podaję na talerzu.”

Przez chwilę jest cisza. Piotr wychodzi z kuchni, trzaska drzwiami. Siedzę sama, w końcu czuję ulgę. Może pierwszy raz od dawna powiedziałam to, co naprawdę czuję. Może to początek zmiany.

Czy naprawdę muszę codziennie udowadniać, że jestem wystarczająca? Czy to, co robię, kiedykolwiek będzie docenione? A może czas wreszcie zacząć żyć dla siebie?