„Powiedziałam pani Zawadzkiej, że mam dość bycia jej służącą. Czy to ja jestem zła?”

— Pani Aniu, czy mogłaby mi pani przynieść jeszcze mleko? I może trochę tych ciasteczek, co ostatnio… — głos pani Zawadzkiej drżał w słuchawce, a ja czułam, jak wzbiera we mnie złość. Była już dwudziesta druga, a ja ledwo trzymałam się na nogach po całym dniu pracy i opiece nad własną rodziną.

— Pani Zawadzka, jest późno. Jutro muszę wstać o szóstej… — próbowałam tłumaczyć spokojnie, ale ona nie słuchała.

— Ja wiem, kochana, ale sama pani widzi… Ja tu sama…

W tej chwili miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę. Od roku byłam dla niej wszystkim: pielęgniarką, kucharką, powierniczką. Jej córka, Magda, mieszkała w Warszawie i od miesięcy nie przyjechała nawet na weekend. Tłumaczyła się dwójką małych dzieci i brakiem miejsca w mieszkaniu. A ja? Ja miałam własne życie, własne dzieci i męża, który coraz częściej patrzył na mnie z wyrzutem.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy pani Zawadzka poprosiła mnie o pomoc. Było to po jej udarze. Przyniosłam jej zupę i posiedziałam chwilę. Wtedy wydawało mi się to naturalne — przecież tak robią sąsiedzi. Ale z czasem prośby zamieniły się w żądania. „Aniu, kup mi to”, „Aniu, pomóż mi w łazience”, „Aniu, posiedź ze mną, bo się boję sama zasnąć”. Mój dzień zaczął się kręcić wokół niej.

Mąż coraz częściej pytał: — Ile jeszcze będziesz dla niej robić? Przecież ona ma rodzinę!

— Ale kto jej pomoże? — odpowiadałam bezradnie.

Dzieci też zaczęły narzekać. — Mama, czemu nie możesz być z nami? — pytała Zosia, moja dziesięcioletnia córka.

W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam. Był piątek, wróciłam z pracy późno, a w domu czekał na mnie stos prania i nieugotowany obiad. Telefon zadzwonił po raz kolejny.

— Pani Aniu…

— Pani Zawadzka! — przerwałam jej ostrzej niż zamierzałam. — Ja już nie mogę! Nie jestem pani służącą! Mam własną rodzinę i własne życie! Dlaczego nie poprosi pani córki? Przecież była tu ostatnio!

Po drugiej stronie zapadła cisza. Usłyszałam tylko cichy szloch.

— Przepraszam… Nie chciałam… Ale Magda mówi, że nie ma jak…

— To niech się postara! — powiedziałam już spokojniej, ale stanowczo. — To jest jej obowiązek.

Odłożyłam słuchawkę i poczułam ulgę zmieszaną z poczuciem winy. Przez następne dni unikałam okna wychodzącego na mieszkanie pani Zawadzkiej. W sklepie spotkałam jej znajomą.

— Słyszałam, że już nie pomaga pani Halinie? — zapytała z wyrzutem.

— Nie daję rady… — odpowiedziałam cicho.

Wieczorem usiadłam z mężem przy stole.

— Może przesadziłam? — spytałam.

— Nie. To Magda powinna się nią zająć. Ty zrobiłaś więcej niż trzeba.

Ale w nocy nie mogłam spać. Przypomniałam sobie własną mamę, która mieszka daleko i którą odwiedzam za rzadko. Czy kiedyś ktoś jej pomoże? Czy ja będę mogła?

Kilka dni później zadzwoniła do mnie Magda.

— Dzień dobry, pani Aniu. Mama mówiła, że nie chce już pani pomagać…

W jej głosie słyszałam pretensję.

— Pani Magdo, ja przez rok robiłam wszystko, co mogłam. Ale mam własną rodzinę. Może czas pomyśleć o opiece dla mamy?

— Nie stać mnie na dom opieki! — wybuchła Magda. — Poza tym mama nie chce wyjeżdżać ze swojego mieszkania!

— Rozumiem… Ale ja naprawdę nie mogę już więcej…

Rozłączyła się bez pożegnania.

Od tamtej pory mijamy się na klatce schodowej bez słowa. Pani Zawadzka już mnie nie prosi o nic. Czasem widzę przez okno światło w jej kuchni i zastanawiam się, czy ktoś do niej przyszedł.

Czuję ulgę i smutek jednocześnie. Ulgę, bo odzyskałam swoje życie. Smutek, bo wiem, że ona jest samotna. Ale czy to naprawdę moja wina? Czy każda dobra dusza musi poświęcić wszystko dla innych?

Czasem patrzę na swoje dzieci i myślę: czy one kiedyś też zostawią mnie samą? Czy zrobiłam dobrze, stawiając granice? A może powinnam była wytrzymać jeszcze trochę?

Czy naprawdę można być dobrym człowiekiem i jednocześnie dbać o siebie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?