Zarabiam na rodzinę, gdy mój mąż ucieka w wirtualny świat – czy jeszcze jesteśmy rodziną?

– Bartek, możesz chociaż na chwilę wyłączyć ten komputer? – mój głos drży, choć staram się brzmieć spokojnie. W kuchni czeka zimna już kolacja, dzieci siedzą przy stole, bawiąc się widelcami. Bartek nie odrywa wzroku od monitora. Słyszę tylko: – Jeszcze pięć minut, kochanie. Zaraz skończę questa.

Pięć minut zamienia się w godzinę. Znowu. Zegar wybija dwudziestą drugą, a ja czuję, jak narasta we mnie złość i bezradność. Aleksander już śpi, Harper tuli się do mnie na kanapie. – Mamo, czemu tata nie je z nami kolacji? – pyta cicho. Nie wiem, co odpowiedzieć. Przecież jeszcze rok temu byliśmy normalną rodziną.

Bartek stracił pracę w fabryce samochodów dokładnie dwanaście miesięcy temu. Wtedy powiedział: „To tylko chwilowa przerwa, Anka. Odpocznę, poszukam czegoś lepszego.” Wierzyłam mu. Przez pierwsze tygodnie rzeczywiście wysyłał CV, chodził na rozmowy. Ale potem coraz częściej widziałam go przed komputerem. Najpierw tłumaczył się, że to relaks po ciężkim dniu szukania pracy. Potem już nawet nie próbował udawać.

Początkowo nie chciałam robić awantur. Pracowałam jako nauczycielka w podstawówce, więc pensja była skromna, ale mieliśmy jeszcze odprawę Bartka i trochę oszczędności. Zaciskałam zęby i powtarzałam sobie: „To minie.” Ale minęło już dwanaście miesięcy, a ja czuję się jak samotna matka z dodatkowym lokatorem.

Z czasem zaczęły się kłótnie. – Bartek, dzieci cię potrzebują! – krzyczałam pewnego wieczoru, kiedy Harper dostała piątkę z matematyki i chciała pochwalić się tacie. On nawet nie zdjął słuchawek.

– Przecież jestem w domu! – odburknął. – Nie rozumiem, o co ci chodzi.

O co mi chodzi? O to, że nie pamiętam już, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy o czymś innym niż rachunki albo zakupy. O to, że Aleksander nauczył się jeździć na rowerze beze mnie i bez ojca – tylko z sąsiadem, panem Jankiem z parteru. O to, że Harper coraz częściej pyta: „Mamo, czy tata nas jeszcze kocha?”

W pracy udaję silną. Uśmiecham się do dzieciaków w klasie, żartuję z koleżankami w pokoju nauczycielskim. Ale kiedy wracam do domu i widzę Bartka pogrążonego w swoim świecie, czuję się niewidzialna. Wieczorami płaczę po cichu w łazience, żeby dzieci nie słyszały.

Najgorsze są weekendy. Kiedyś chodziliśmy razem na spacery do lasu albo na lody do cukierni na rynku. Teraz Bartek tłumaczy się „ważnymi rozgrywkami”. Dzieci przyzwyczaiły się już do mojej obecności i jego nieobecności.

Pewnego dnia Harper wróciła ze szkoły zapłakana. – Mamo, dzieci śmiały się ze mnie, że tata cały dzień gra w gry i nie pracuje…

Serce mi pękło. Przytuliłam ją mocno i obiecałam, że wszystko się zmieni. Ale jak? Próbowałam rozmawiać z Bartkiem setki razy.

– Bartek, musisz coś zrobić. Nie możemy tak żyć! – powiedziałam stanowczo pewnego wieczoru.

– Przesadzasz! – wybuchł. – Przecież nie piję, nie biję was! Co ci jeszcze nie pasuje?

– Nie jesteś z nami! Jesteś tylko fizycznie! – łzy napłynęły mi do oczu.

– Daj mi spokój…

Zaczęłam szukać pomocy. Najpierw w internecie – fora dla żon uzależnionych od gier komputerowych mężów pełne były podobnych historii. Potem zadzwoniłam do psychologa rodzinnego. Usłyszałam: „On musi sam chcieć się zmienić.”

Czasem mam ochotę spakować dzieci i wyjechać do mamy na wieś pod Lublinem. Ale boję się zrobić ten krok. Boję się samotności jeszcze bardziej niż obecnej pustki.

Ostatnio Aleksander zapytał: – Mamo, czy tata kiedyś wróci?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Wczoraj wieczorem usiadłam obok Bartka i wyłączyłam mu monitor.

– Albo wracasz do nas, albo odchodzimy – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Spojrzał na mnie pierwszy raz od miesięcy naprawdę uważnie.

– Anka… ja… nie wiem jak…

Może to początek końca? A może początek czegoś nowego? Czy można jeszcze uratować rodzinę, gdy jedna osoba dawno już wysiadła z tego pociągu?

Czasem patrzę na śpiące dzieci i pytam siebie: ile jeszcze wytrzymam? Czy warto walczyć o kogoś, kto sam już dawno przestał walczyć o nas?